Reelekcja Tuska czy gambit Kaczyńskiego?

Główny reprezentant Unii Europejskiej na arenie międzynarodowej, przewodniczący posiedzeń Rady Europejskiej po uprzednim ich przygotowaniu, negocjator porozumień zapadających na tejże oraz osoba odpowiedzialna za przedstawienie sprawozdań z jej posiedzeń – wszystko to funkcje przewodniczącego Rady Europejskiej, które przewidziane są przez Traktat z Lizbony zmieniający Traktat o Unii Europejskiej i Traktat ustanawiający Wspólnotę Europejską (czyli nic innego jak tzw. Traktat lizboński).

To właśnie ten dokument wprowadził nowe stanowisko w strukturach Unii Europejskiej. Przed 2009 rokiem, to jest przed jego wejściem w życie, funkcja przewodniczącego była przyznawana szefom rządów lub głowom państw aktualnie sprawujących prezydenturę Rady Unii Europejskiej. Z tego reprezentatywnego i mało wpływowego stanowiska traktat reformujący stworzył jedno z najbardziej prestiżowych stanowisk w globalnej polityce.

Jak zatem zostać przewodniczącym RE? Instytucja, w której skład wchodzą szefowie rządów lub głowy Państw Członkowskich oraz przewodniczący Komisji Europejskiej, wybiera swojego przewodniczącego większością kwalifikowaną na okres dwóch i pół roku. Po upływie tego okresu istnieje możliwość jednorazowego odnowienia mandatu. Tak mówi teoria ujęta w artykuły Traktatu z Lizbony. Unia Europejska oprócz płaszczyzny czysto prawnej opiera się na konwenansach oraz lepionej przez dekady tradycji działania poszczególnych instytucji. W celu lepszego zrozumienia działania Rady Europejskiej należy przestudiować poprzednie wybory. W tym przypadku tradycja nie jest jednak zbyt bogata – jak wyżej wspomniano, stanowisko w obecnym kształcie zostało wprowadzone dopiero w 2009 roku.

Stąd mogliśmy obserwować dotąd jedynie trzykrotnie proces wyboru przewodniczącego RE.

Praktyka daje amunicję wszystkim punktującym Unię za jej brak wystarczającej legitymizacji demokratycznej na różnych poziomach. Traktaty nie precyzują w jaki sposób można przedstawić kandydaturę na stanowisko przewodniczącego RE, co w prostej linii prowadzi do zakulisowych rozmów będących wypadkową wpływów danego kraju w Brukseli oraz zdolności przekonywania dużych graczy europejskich do poparcia danego kandydata. Opinia publiczna dowiaduje się o wysuwanych propozycjach poprzez doniesienia prasowe oraz oficjalne komunikaty ambasad lub ministerstw spraw zagranicznych Państw Członkowskich. Tak było w 2009 roku, kiedy Herman Van Rompuy został wybrany na pierwszego po Lizbonie przewodniczącego RE. Szwedzki premier Fredrik Reinfeldt, który obejmował funkcję ostatniego przewodniczącego działającego według starego porządku wystosował prośbę do wszystkich członków UE o wystawienie swojego kandydata. Po otrzymaniu listy kilkudziesięciu nazwisk stanął przed perspektywą prowadzenia niekończących się negocjacji telefonicznych dążących do wyłuskania kilku kandydatur popieranych przez większość państw.

Radosław Sikorski obejmujący wówczas stanowisko ministra spraw zagranicznych zabiegał o przedstawienie przez kandydatów w prywatnej rozmowie swoich priorytetów. Zabieg spalił na panewce, gdyż rozpatrywanymi kandydatami byli często urzędujący premierzy, którzy nie spieszyli się do jasnego wyrażania chęci zmiany pracy. Ostatecznie stanowisko objął  Van Rompuy, który był jedynym kandydatem zaakceptowanym przez wszystkie kraje w drodze konsensusu jako ten, który właśnie ten konsensus osiągać będzie w przyszłości podczas posiedzeń Rady Europejskiej. Dwa i pół roku później jego mandat został, zgodnie z możliwościami przedstawionymi w Traktacie z Lizbony, przedłużony na kolejną kadencję. Członkowie RE nie mieli problemów z podjęciem tej decyzji, gdyż w 2012 roku do walki o stanowisko stanął… wyłącznie sam Van Rompuy. W swojej mowie wygłoszonej po reelekcji stwierdził, że głównym zadaniem przewodniczącego Rady Europejskiej jest budowanie wzajemnego zaufania i zrozumienia pomiędzy 27 Państwami Członkowskimi.

Pod koniec sierpnia 2014 roku stanowisko przewodniczącego RE objął Donald Tusk. Podobnie jak Herman Van Rompuy, Tusk sprawował do momentu wyboru funkcję premiera. Jego główną przeciwniczką w drodze do fotela przewodniczącego była premier Danii Helle Thorning-Schmidt wspierana przez rząd brytyjski. David Cameron lobbował tę kandydatkę po stoczonym z Tuskiem sporze dotyczącym migracji siły roboczej, podkreślając również, że ze słabym angielskim i brakiem znajomości języka francuskiego praca w dyplomacji może okazać się dla premiera zbyt wymagająca.

Tusk w bezpośredniej rozmowie telefonicznej z Cameronem zdołał przekonać go do zawarcia pokoju, co w praktyce zagwarantowało mu szybki wzrost poparcia podczas szczytu RE.

Dwa i pół roku później, na kilka tygodni przed wyborami Tusk jest, znów tak jak wcześniej Van Rompuy, jedynym kandydatem na giełdzie nazwisk, co w praktyce gwarantuje mu reelekcję. Pojawiają się co prawda inne propozycje, mówi się o możliwości stanięcia w szranki przez m.in. odchodzącego prezydenta Francji Françoisa Hollande’a, ale nie są one brane poważnie pod uwagę przez kluczowych graczy europejskich (sam Hollande na kilka dni przed szczytem poparł reelekcję Tuska). Jednak w ciągu ostatnich trzydziestu miesięcy zachodzą kluczowe dla Donalda Tuska zmiany – jego rodzima partia przegrywa wybory, do władzy dochodzi Prawo i Sprawiedliwość. Na miesiąc przed wyborami przedstawiciele obozu rządzącego w Polsce zaczynają wypuszczać sygnały do europejskich mediów o możliwości wycofania poparcia dla Donalda Tuska. W końcu w ostatni weekend przed czwartkowym szczytem krajowi i światowi komentatorzy ze zdziwieniem mówią o wysunięciu przez rząd PiS kandydatury Jacka Saryusz – Wolskiego. Był to nieoczekiwany zwrot akcji, gdyż Saryusz-Wolski wywodzi się podobnie jak Tusk zarówno z Platformy Obywatelskiej, jak i Europejskiej Partii Ludowej. Kilka godzin po ogłoszeniu decyzji został usunięty z szeregów PO, a szef EPP udzielił mu reprymendy, która w poniedziałek przekuła się w wykluczenie kandydata PiS na przewodniczącego RE z partii Ludowców.

Na dzień przed szczytem jedynym krajem oficjalnie niepopierającym kandydatury Donalda Tuska jest Polska.

Wprawdzie wiele państw nie określiło jasno swojego stanowiska, ale nikt nie zgłosił oficjalnego poparcia dla kandydatury wystawionej przez Polskę. Szanse na przeforsowanie Jacka Saryusz – Wolskiego są bliskie zeru, gdyż gambit obozu PiS polegający na wystawieniu kontrkandydata i liczeniu na rozbicie poparcia państw wahających się co do reelekcji Tuska najprawdopodobniej się nie uda – jak twierdzi portal Politico, obecny przewodniczący Rady Europejskiej cieszyć się może skonsolidowanym poparciem 27 państw UE. Również kraje Grupy Wyszehradzkiej nie wyraziły poparcia dla Saryusz – Wolskiego. Czeski premier Bohuslav Sobotka oznajmił, że reelekcja Tuska jest kluczowa dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Z kolei Viktor Orbán nie określił swojego stanowiska, jednak jego partia Fidesz jest częścią rodziny EPP, która wyraziła jasne poparcie dla kandydatury Donalda Tuska.

Nawet biorąc pod uwagę krótką historię stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej, nie będzie nadużyciem uznanie tych wyborów za bezprecedensowe. Nie jest często spotykanym przypadkiem wycofanie poparcia dla kandydata przez jego własny kraj. Rząd Prawa i Sprawiedliwości zatrząsł polityką europejską i kuluarami w Brukseli przenosząc trwający od lat konflikt personalny między Jarosławem Kaczyńskim, a Donaldem Tuskiem na poziom międzynarodowy. Spotkało się to z zimną reakcją oficjeli unijnych, którzy często są nieprzychylni retoryce stosowanej przez PiS dla podkreślania swoich poglądów na politykę europejską. Dla Jacka Saryusz – Wolskiego może to być ostatnia szansa na przypomnienie o swoim nazwisku na korytarzach instytucji unijnych. Mówi się, ze 68-letni łodzianin od wielu lat dąży do objęcia roli funkcjonariusza UE z prawdziwego zdarzenia. Co nie udało się pod flagą Platformy Obywatelskiej udać może się idąc ramię w ramię z obozem Prawa i Sprawiedliwości – zdaje się myśleć europarlamentarzysta. I mimo niemal zerowych szans na powodzenie podczas czwartkowego szczytu, kolejne miesiące powinny ujawnić rzeczywiste intencje Saryusz – Wolskiego i jego cel na ostatnie lata przed emeryturą.

Wszystko jednak zostanie przesądzone podczas jutrzejszego szczytu Rady Europejskiej, który będzie kluczowy dla dalszego rozwoju stosunków pomiędzy członkami Unii Europejskiej.

Autor: Konrad Hyży