Czas czytania: około min.

INFOSKAN #5 – ekspercki newsletter o fact-checkingu

25.03.2021 godz. 9:32

Przed Tobą piąty numer naszego newslettera, w którym piszemy o:

  • wycieku nagrania z konferencji Facebooka,
  • konflikcie australijskich legislatorów z Facebookiem i Google,
  • fake newsach o farmach wiatrowych związanych z „zimą stulecia” w Teksasie,
  • kampanii dezinformacyjnej wymierzonej w uchodźców z Hongkongu,
  • oszustwach metodą „na Clinta Eastwooda”,
  • sądowych bataliach weryfikatorów informacji w Grecji, Kazachstanie i Brazylii.

W piątym numerze polecamy Waszej uwadze także dwa narzędzia, przydatne w codziennym weryfikowaniu faktów – pierwszym z nich jest Email Checker, za pomocą którego można sprawdzić, czy dany adres mailowy istnieje. Drugie to ViewDNS, służące do weryfikowania wielu elementów związanych z podaną domeną, np. czy jest ona dostępna w Chinach lub Iranie (czy blokowana przez tamtejsze władze) lub też kto zarejestrował serwer, na którym domena jest postawiona. Do poczytania w tym miesiącu polecamy Raport Fundacji Odpowiedzialna Polityka o monitoringu mediów społecznościowych w czasie minionych wyborów prezydenckich, a dla tych bardziej spragnionych ciekawych treści wideo (i mówiących po rosyjsku) mamy film z kanału rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego.

Potęga Facebooka – wyciek nagrania z konferencji

 

Project Veritas opublikował kolejne nagranie (a właściwie dwa, jedno z 7, a drugie z 21 stycznia) z wewnętrznej konferencji Facebooka, na której Mark Zuckerberg i inni kluczowi pracownicy korporacji (tacy jak Nick Clegg, szef działu Global Affairs i Komunikacji) odnoszą się do zamieszania wywołanego blokowaniem kont byłego już prezydenta USA Donalda Trumpa i dyskusji nad rolą mediów społecznościowych w polityce.

Mark Zuckerberg decyzję o blokowaniu kont Donalda Trumpa tłumaczy tym, że polityk zachęcał do przemocy, co łamie regulamin platformy. Dyrektorowi Facebooka wtóruje Monika Bickert, odpowiedzialna za politykę publiczną, która nie podaje jednak żadnych informacji, które już wcześniej nie byłyby znane.

Najgłośniejszym echem odbiły się słowa Nicka Clegga, który na nagraniu przyznaje, że sam gigant byłby zainteresowany legislacją dotykającą tematu cenzury w internecie. Określenie jednoznacznych zasad publikowania treści i ich ewentualnego cenzurowania doprowadziłoby do powstania jasnych instrukcji, jak portal powinien reagować w poszczególnych sytuacjach. Bez tego typu rozwiązań media społecznościowe muszą podejmować decyzje na bieżąco i, siłą rzeczy, bez odwołania do przepisów prawa. Część obserwatorów uznaje słowa Clegga za potwierdzenie tezy, zgodnie z którą Facebook ma w swoich rękach zbyt dużo władzy niepodlegającej zewnętrznej kontroli.

Firma nie ukrywa, że chciałaby współpracować z legislatorami w celu opracowania regulacji pomagających rozwiać wątpliwości krążące wokół polityki publikowania treści, i pokłada duże nadzieje w nowej administracji Joe Bidena.

 

Oryginalną publikację, razem z linkami do nagrań (które znajdują się też na początku tekstu) możecie znaleźć na stronie Project Veritas.

Facebook blokuje artykuły w Australii, Google się ugina

 

W czwartek 18 lutego 2021 roku Facebook odciął możliwość publikowania na swojej platformie treści informacyjnych tworzonych przez media w Australii. Oznacza to także zablokowanie mieszkańcom kraju umieszczania linków do wszystkich materiałów pochodzących z mediów.

Decyzja podjęta w państwie, w którym zgodnie z raportem „Reuters Institute Digital News Report 2020” około 52 proc. mieszkańców czerpie informacje z serwisów społecznościowych, wywołała prawdziwą burzę.

 

Sytuację dodatkowo skomplikował fakt, że Facebook uznał kluczowe informacje od krajowej administracji za standardowe źródło wiadomości. W ten sposób wyłączył rządowe profile zawierające komunikaty zdrowotne, meteorologiczne czy o dostępie do służb ratunkowych. Ucierpiały także organizacje niemające nic wspólnego z mediami – zablokowane zostały bowiem posty australijskich związków zawodowych, instytucji charytatywnych, banku żywności czy organizacji zwalczających przemoc domową. Za tę sytuację przeprosił już Simon Milner, wiceprezes Facebooka ds. polityki publicznej na region Azji i Pacyfiku. Przedstawiciel portalu przyznał, że błąd został popełniony na etapie wprowadzania blokady. Za decyzją Facebooka stoi nowe, uchwalone w środę 17 lutego przez niższą izbę parlamentu Australii prawo, które zobowiązuje platformy cyfrowe do płacenia za publikowane w ich serwisach treści stworzone przez lokalnych wydawców. Nowe przepisy zakładają, że jeśli treści te przyciągają użytkowników, którzy spędzają czas na Facebooku czy Google News, to te powinny płacić wydawcom rodzaj tantiemy. To wydawcy są bowiem autorami tych treści i ponieśli koszty ich stworzenia. W opublikowanym w czwartek 18 lutego oświadczeniu dyrektor zarządzający Facebooka na region Australii i Nowej Zelandii, William Easton, stwierdził, że twórcy nowego prawa zasadniczo nie rozumieją relacji między Facebookiem a wydawcami, którzy portalu społecznościowego używają do udostępniania treści. „Postawiło nas to przed trudnym wyborem, spróbować przestrzegać prawa, które ignoruje rzeczywistość, lub przestać pozwalać na publikowanie wiadomości w naszym serwisie w Australii. Z ciężkim sercem wybraliśmy to drugie” – pisał Easton.

Australijskie przepisy przewidują, że jeżeli Facebook czy Google nie porozumieją się same z australijskimi mediami, powołany zostanie panel arbitrów. Wyznaczy on wysokość opłat na rzecz mediów, a sieci społecznościowe nie będą mogły się od tej decyzji odwołać. Za nieprzestrzeganie postanowień panelu grozić będzie kara pieniężna.

 

W piątek premier Australii, Scott Morrison, skomentował sytuację słowami: „Po prostu powiedziałbym Facebookowi, że to jest Australia. Jeśli chcecie tu robić interesy, pracujecie zgodnie z naszymi zasadami – to rozsądna propozycja”. W czasie, kiedy Facebook zdecydował się wprowadzić swoją agresywną strategię, Google ogłosił, że zawarł odpowiednie umowy z Nine Entertainment, Seven West Media i News Corp. Oznacza to, że firmy te będą otrzymywały płatności, gdy ich treści pojawiają się w serwisie Google News Showcase. Poinformowano również, że podobne rozmowy trwają z innymi wydawcami mediów w Australii, takimi jak ABC, Daily Mail Australia czy Guardian Australia. Najważniejsza wydaje się umowa z News Corp. Ruperta Murdocha. Według obserwatorów nowe australijskie przepisy są tak ostre właśnie ze względu na jego lobbing. Murdoch od dawna publicznie i ostro krytykuje amerykańskie sieci społecznościowe.

Sprawę postanowił skomentować również Instytut Poyntera, znany z utworzenia Międzynarodowej Sieci Fact-Checkingowej, do której również należymy. Po tym, jak władze Facebooka zablokował możliwość publikowania na platformie linków, trzy australijskie organizacje fact-checkingowe: RMIT ABC Fact Check, Australian Associated Press (AAP) oraz the Agence France-Presse (AFP) zostały pozbawione możliwości prowadzenia swoich fanpage’ów i zamieszczania na portalu zweryfikowanych artykułów. To samo dotyczy publikowania i rozpowszechniania analiz przez zwykłych użytkowników Facebooka. Międzynarodowa społeczność fact-checkerska jest zaniepokojona tą sytuacją i zachęca wszystkie zaangażowane strony do podjęcia dialogu oraz znalezienia wspólnej podstawy do przywrócenia możliwości dostarczania wiarygodnych informacji Australijczykom.

Podobne rozwiązania do tych przyjętych przez władze Australii znalazły się w unijnej dyrektywie w sprawie prawa autorskiego i praw pokrewnych na jednolitym rynku cyfrowym z 17 kwietnia 2019 roku. Regulacje dotyczące „Ochrony publikacji prasowych w zakresie sposobów korzystania online” znalazły się w art. 15. Termin implementacji norm do krajowych porządków prawnych mija 7 czerwca 2021 roku. Niektórym państwom, np. Francji, udało się już wprowadzić odpowiednie przepisy. W tym roku implementację nowego prawa zapowiedziały Niemcy, które uszczegółowiły, jakie treści mają podlegać ochronie i opłatom. Szacuje się, że polski rynek z perspektywy opłat zawartych w dyrektywie jest wart około 50 mln zł rocznie.

Zima w Teksasie i „zasypanie” fake newsami o farmach wiatrowych 

 

W połowie lutego potężny wir arktycznego powietrza uderzył w Stany Zjednoczone, powodując konieczność wyłączenia prądu w wielu częściach kraju, co pozbawiło ogrzewania kilka milionów ludzi. Na terenie USA funkcjonują trzy sieci energetyczne: jedna pokrywa zapotrzebowanie wschodniej, druga zachodniej części kraju, natomiast trzecia funkcjonuje w Teksasie i pokrywa około 90 proc. całego stanu.

Jednym ze skutków wyjątkowo niskich temperatur było zamarzanie turbin wiatrowych. Fakt ten szybko zaczął być wykorzystywany przez przeciwników zielonej energii jako argument na jej niekorzyść. Do używania wiatru w celu produkcji prądu zniechęcał m.in. komentator stacji telewizyjnej Fox News, Sean Hannity.

 

W sieci rozpowszechniano także zdjęcie, mające pokazywać operację odmrażania zamarzniętej turbiny wiatrowej za pomocą środków chemicznych.

 

W rzeczywistości fotografia została wykonana w 2014 roku w Szwecji. Zdjęcie przedstawia test systemu odmrażania zamarzniętej turbiny przy użyciu podgrzanej wody. Obrazek można znaleźć na stronach firmy Alpine Helicopter, w prezentacji dostępnej pod linkiem: Avisning med helikopter. (windren.se)

Wykorzystanie energii wiatrowej w Teksasie systematycznie rośnie. Jak podaje operator sieci energetycznej w Teksasie, Electric Reliability Council of Texas (ERCOT), w styczniu tego roku turbiny wiatrowe odpowiadały za około 25 proc. produkcji energii.

 

W roku 2020 stopień wykorzystania wiatru w produkcji prądu wahał się, w zależności od miesiąca, między 15 a 28 proc.

wywiadzie udzielonym serwisowi Bloomberg dyrektor ERCOT, Dan Woodfid, stwierdził, że z na 30-35 gigawatów utraconych w wyniku przerw w dostawie energii turbiny wiatrowe odpowiadają tylko za 3,5 do 4,5 gigawata. Głównym źródłem problemów były natomiast zamarznięte instrumenty w elektrowniach gazowych, węglowych, a nawet nuklearnych oraz problemy z zapewnieniem ciągłości dostaw gazu. Dodatkowo oddzielenie sieci energetycznej Teksasu od pozostałej części kraju uniemożliwiło wyrównanie braków przesyłem energii z innych regionów.

Kampania dezinformacyjna wymierzona w uchodźców z Hong Kongu

 

W ostatnim dniu stycznia 2021 roku władze brytyjskie uruchomiły specjalną ścieżkę wizową, która pozwoli mieszkańcom Hongkongu mieszkać i pracować w Wielkiej Brytanii, a z czasem uzyskać również obywatelstwo tego kraju. O wizę mogą ubiegać się posiadacze paszportów zamorskich (British National Overseas, BNO), które zostały wprowadzone w roku 1987, kiedy było już wiadomo, że Hongkong zostanie zwrócony Chinom. Władze brytyjskie szacują, że z możliwości tej może skorzystać około 300 tys. mieszkańców Hongkongu. Po tym, jak zmiany weszły w życie, w sieci zaczęły pojawiać się informacje mające zniechęcić potencjalnych chętnych do wyjazdu z Hongkongu. Na stronach „Ta Kung Pao” (najstarszej chińskojęzycznej gazety w Chinach) pojawiły się artykuły porównujące koszty życia w Hongkongu i na Wyspach Brytyjskich, a także pokazujące wyselekcjonowane, negatywne komentarze Brytyjczyków pod informacją, jaka ukazała się na profilu BBC News na Facebooku.

 

Publikacjom towarzyszyły wpisy podkreślające trudną sytuację epidemiologiczną w Wielkiej Brytanii, czy informujące o upadającej brytyjskiej gospodarce. Do akcji przyłączyli się także lokalni internetowi celebryci (KOL – key opinion leader), którzy w programach na żywo podarli, co prawda tylko wydrukowane, okładki paszportów BNO.

 

Gazeta „Ta Kung Pao” kilkakrotnie informowała też o tym, że paszporty BNO straciły ważność jako dokumenty identyfikacyjne. Argument ten ma obecnie znaczenie symboliczne, ponieważ mieszkańcy Hongkongu mogą używać dowodów osobistych lub paszportu Specjalnego Terytorium Administracyjnego Chin. Na lokalnych forach internetowych przywołany został np. wpis niejakiego Michaela Tannera, który negatywnie odnosi się do emigrantów z Hongkongu.

 

Warto zaznaczyć, że fotografia, na którą powołał się mężczyzna, to zdjęcie „stockowe” z roku 2012, pochodzące z serwisu gettyimages.com, a sam wpis Tannera krąży w sieci przynajmniej od roku 2015.

badań opublikowanych pod koniec 2019 roku przez „South China Morning Post” wynika, że około 40 proc. z 7,5 mln mieszkańców Hongkongu rozważa stałą emigrację.

Bank of America oszacował, że tylko w 2021 roku fala emigracji może spowodować odpłynięcie z Hongkongu kapitału w wysokości 36 mld dolarów amerykańskich.

Oszustwo na Clinta Eastwooda

 

Na początku lutego media obiegła iście nieprawdopodobna, ale także przykra historia. W zeszłym roku jedna z mieszkanek Piaseczna pod Warszawą poznała w internecie osobę, która przedstawiła się jako Scott Eastwood, syn znanego amerykańskiego aktora, Clinta Eastwooda. Na początku kontakt ze „Scottem” wyglądał jak normalna, niewinna internetowa znajomość – piasecznianka rozmawiała z mężczyzną o zwykłych sprawach, a ten opowiadał jej o chorobie ojca, o zainteresowaniu Polską, o swoich problemach w pracy, a co za tym idzie, problemach z pieniędzmi. Wszystko przez internet. Na potwierdzenie swojej tożsamości „Scott” wysyłał nawet skany paszportu i opowiadał zmyślone rodzinne opowieści. Oczywiście konwersacja koniec końców sprowadziła się do tego, że mężczyzna potrzebuje pieniędzy na leczenie ojca, ale w zamian obiecuje umowy i gwarancje, że nie tylko pieniądze zwróci, ale wręcz będzie to dobra inwestycja. Polka niestety mu uwierzyła i na różne sposoby (m.in. używając kryptowalut) przelała „Scottowi” 600 tys. zł. Wtedy jej internetowy znajomy zniknął i kontakt się urwał. Nie ma co ukrywać, że „Scott” z wyglądu rzeczywiście przypomina syna Clinta Eastwooda, a wykorzystywanie w kontaktach z kobietą wideorozmów niewątpliwie dodawało mu wiarygodności. Możecie przeczytać o tej historii m.in. na Onecie.

 
 

Dwa miesiące temu podobna historia przydarzyła się mieszkance Chełmna, która straciła pieniądze na rzecz oszusta podającego się za aktora Willa Smitha. Kobieta na tej internetowej znajomości straciła „tylko” 45 tys. zł.

Niektórzy z naszych czytelników czasami zarzucają nam, że zajmujemy się też „niepoważnymi” fejkami i wypowiedziami. Warto jednak pamiętać, że nawet jeżeli coś brzmi nieprawdopodobnie, to jest możliwe. Opowiadamy o sytuacjach takich jak te, które przydarzyły się mieszkankom Piaseczna i Chełmna, by przestrzec przed niesłychanymi historiami i manipulacjami ze strony obcych osób w mediach społecznościowych. Niestety nadal niektórym z nas zdarza się nabrać na niezwykłe opowieści internetowych trolli. Wiele osób traci w ten sposób ogromne pieniądze.

Weryfikatorzy informacji wygrywają w sądzie

 

Społeczność fact-checkingowa z zadowoleniem przyjęła informacje o rozstrzygniętych na korzyść weryfikatorów procesach sądowych w trzech krajach.

Pierwsze zwycięstwo miało miejsce w Grecji, gdzie sąd odrzucił pozew grupy nazywającej się Związkiem Greckich Fizyków. Oskarżyli oni organizację fect-checkingową Ellinika Hoaxes o zniesławienie jednego ze swoich członków. Afera wybuchła po tym, jak weryfikatorzy słusznie obalili pseudonaukowe tezy głoszone przez Związek. Grupa domagała się 700 tys. euro zadośćuczynienia.

Druga dobra informacja przyszła z Kazachstanu, gdzie kilka różnych sądów oparło się wysiłkom rządu, który próbuje doprowadzić do zamknięcia szeregu organizacji pozarządowych, w tym portalu Factcheck.kz. Rząd zarzucał organizacji niepłacenie podatków, za co groziła kara trzymiesięcznego zawieszenia działalności. W efekcie doprowadziłoby to portal do upadku. Pavel Bannikow, redaktor portalu, wskazuje, że to Unia Europejska i grupy takie jak Human Rights Watch odegrały główną rolę w wywieraniu międzynarodowej presji na kazachski rząd, co przyczyniło się do korzystnej decyzji sądu.

Trzecia informacja pochodzi z Brazylii. Tamtejszy sąd odrzucił pozew Bii Kicis z konserwatywnej partii PSL-DF przeciw organizacji Aos Fatos. Fact-checkerzy opublikowali artykuł, w którym nazwali polityczkę jedną z najaktywniejszych „roznosicieli” dezinformacji na temat COVID-19. Pierwszy raz pozew Kicis został odrzucony w listopadzie 2020 roku, natomiast ostatnia decyzja zapobiega możliwości odwołania się od wyroku. Niestety, organizacja Aos Fatos oczekuje na kolejny proces wytoczony jej przez prokuratora federalnego Ailtona Benedito, który otwarcie nawołuje do używania systemu prawnego do zastraszania organizacji fact-checkingowych.

Przydatne narzędzia

 

Email Checker

Email Checker pozwala sprawdzić, czy dany adres mailowy istnieje. Czasami próbując wysłać maila, dostajesz tzw. hard bounce’a Dzieje się tak, gdy skrzynka odbiorcza „odbija” Twoją wiadomość. W takiej sytuacji możesz sprawdzić, czy adres, z którym próbujesz się skontaktować, jest w ogóle aktywny. Email Checkera możesz użyć również wtedy, kiedy ktoś podszywa się pod innego użytkownika i chcesz zweryfikować, czy ta osoba przynajmniej podała Ci właściwy adres mailowy.

ViewDNS

ViewDNS

ViewDNS

W tym drugim przypadku pomocne może się okazać nasze następne narzędzie, które służy weryfikowaniu domen. Chodzi o ViewDNS. Narzędzie to pozwala na weryfikację wielu różnych elementów, np. tego, czy dana domena jest dostępna w Chinach lub Iranie (czy blokowana przez tamtejsze władze), kto zarejestrował serwer, na którym jest postawiona dana domena, albo jakie inne domeny znajdują się na tym serwerze.

Co warto przeczytać i obejrzeć?

 

Raport Fundacji Odpowiedzialna Polityka o wyborach 2020 i social mediach

Fundacja Odpowiedzialna Polityka opublikowała raport poświęcony monitoringowi mediów społecznościowych podczas kampanii prezydenckiej w Polsce. Badanie było prowadzone na Facebooku i polegało na obserwacji oraz analizie postów publikowanych na profilach kandydatów na urząd prezydenta, profilach najpopularniejszych mediów mainstreamowych, a także profilach o dużych zasięgach. Te ostatnie zostały określone jako potencjalne źródła dezinformacji.

Przez 110 dni obserwacji udało się poddać analizie ponad 104 tys. (!) postów na Facebooku, z czego niecałe 31 tys. w sposób szczegółowy. Nie jest zaskoczeniem, że wpływ Facebooka na kampanię zwiększył się z powodu pandemii i przeniesienia do internetu większej liczby aktywności ze strony kandydatów.

Kampania była również wyjątkowa ze względu na to, że odbyła się w dwóch etapach – pierwotnie wybory zostały zaplanowane na 10 maja, ostatecznie jednak pierwsza tura głosowania miała miejsce 28 czerwca. Co ciekawe, w mediach społecznościowych intensywność kampanii w drugim etapie zwiększyła się względem jej pierwszej części. Przed 10 maja kandydaci w ciągu dnia publikowali średnio 3,83 posta, natomiast w drugim etapie średnia liczba udostępnionych materiałów na profilach kandydatów wzrosła do 7,68 posta dziennie.

Najbardziej aktywni w mediach społecznościowych byli Rafał Trzaskowski, Szymon Hołownia i Krzysztof Bosak. Liczba osób, które ich śledzą, zwiększyła się nawet trzykrotnie, podczas gdy liczba obserwujących takich kandydatów jak Robert Biedroń czy Andrzej Duda zmieniła się tylko nieznacznie. Z raportu dowiadujemy się również, że w czasie kampanii nie zaobserwowano znacznej obecności mowy nienawiści lub czarnego PR, natomiast posty z negatywnym przesłaniem były znacznie częściej publikowane przez media niż samych kandydatów. Nie odnotowano też żadnej skoordynowanej kampanii „zewnętrznej”.

Raport powstał w ramach projektu „Wzmacnianie Dyplomacji Publicznej w Europie Środkowej” realizowanego przez słowacką organizację pozarządową GLOBSEC.

„Pałac Putina”

W tym miesiącu po raz kolejny polecamy wideo opublikowane na kanale rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego. Prowadząca materiał kobieta chwali się doskonałymi wynikami filmu dokumentalnego o „pałacu Putina”, po czym pokazuje, jak zareagowały na niego media sprzyjające prezydentowi Rosji. W dużym skrócie: najnowszy film opowiada o tym, jak machina propagandowa „canceluje” Nawalnego poprzez niewymawianie jego nazwiska, atakuje jego wygląd, oskarża o bycie agentem… długo by wymieniać. Zachęcamy do obejrzenia.

Nagranie jest jedynie w języku rosyjskim.

*Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Podobał Ci się artykuł? Pomóż nam dzielić się prawdą!

Możesz śmiało rozpowszechniać ten artykuł na swojej stronie internetowej. Pamiętaj o podaniu źródła. Sprawdź jak możesz udostępniać.

Wpłać darowiznę i działaj z nami!

lub