Czas czytania: około min.

Wyrzucając pestki owoców gdzie popadnie, nie pomożesz przyrodzie

12.08.2021 godz. 13:22

W mediach społecznościowych na popularności zyskał post promujący nieodpowiedzialne praktyki.

FAKE NEWS W PIGŁUCE

  • W sieci pojawiają się mylące przekazy, które przekonują, że rozrzucanie wysuszonych pestek owoców jest dobrym prośrodowiskowym rozwiązaniem, dzięki któremu w Polsce pojawi się wiele dziko rosnących owocowych drzew. Z przekazu wynika, że takie rozwiązania wypróbowano już z sukcesem w Tajlandii, a do tego dołącza również Malezja.
  • Wyrzucanie pestek po owocach to prosta droga do inwazji biologicznej, a takie rozwiązania wcale nie były testowane z powodzeniem w innych państwach. Prof. dr hab. inż. Andrzej M. Jagodziński podkreśla, że takie działania prowadzą do wielu groźnych dla środowiska konsekwencji. Nie można zatem mówić o korzyściach dla środowiska w przypadku takich praktyk.

Ochrona środowiska naturalnego leży w rękach każdego z obywateli, jednak, by realizować ten cel, konieczne jest przedsięwzięcie właściwych działań. W sieci można znaleźć wiele przydatnych wskazówek, które mogą służyć temu procesowi, ale czasami nie mają one nic wspólnego z ochroną przyrody. Przykładem tego są krążące od dłuższego czasu łańcuszki internetowe, dostępne w mediach społecznościowych, które nakłaniają do rozrzucania nasion drzew owocowych w każdym możliwym miejscu.

Treść internetowego łańcuszka głosi: „Zbliża się sezon owoców: śliwki, brzoskwinie, wiśnie, czereśnie, morele… Proszę wszystkich, aby nie wyrzucali pestek do kosza, ale raczej je umyć, suszyć (w słońcu), a potem przechowywać w papierowej torbie do przechowywania w samochodzie. Przy każdym wyjściu na wsi lub jazdy samochodem wyrzucaj pestki. Jeśli dzięki temu prostemu działaniu możemy przyczynić się do wzrostu jednego nowego drzewa w każdym sezonie”. Dalsza treść przekonuje, że to działanie będzie bardzo pożyteczne i przyniosło już pozytywne skutki, ale to nieprawda. Podobnie, jak i to, że rządy rzekomo zaleciły takie rozwiązania w Tajlandii i Malezji.

Zrzut ekranu posta na Facebooku, w którym zachęcano do sadzenia nasion drzew owocowych. Poniżej dołączono zdjęcie przedstawiające pestki po zjedzonych owocach.

Źródło: www.facebook.com

Do początku sierpnia na jeden z wpisów z tym łańcuszkiem internetowym zareagowało aż 41 tys. użytkowników na Facebooku. Z kolei ponad 70 tys. razy podano go dalej, przez co liczba odbiorców jest prawdopodobnie większa. Znaczna część użytkowników potraktowała więc tę treść jako przydatną radę, do której chcieliby się zastosować.

Rozrzucanie nasion owoców to dobry pomysł? Nie! W wielu przypadkach może prowadzić to do poważnych problemów…

Cały pomysł na temat suszenia i rozrzucania nasion, by rosło więcej drzew, wziął się z internetowych łańcuszków, które krążą od dłuższego czasu w różnych wersjach językowych. Dlatego też zwracano już uwagę na ten problem m.in. we Włoszech czy Francji, a wcześniej w Azji. Po tym, jak podobne posty zyskiwały na popularności, pomysł za każdym razem był krytykowany ze względu na kilka poważnych ograniczeń, jak i zagrożeń, które może ze sobą nieść.

Jednym z najczęściej pojawiających się argumentów przeciwko pomysłowi rozrzucania nasion jest fakt, że jeżeli ktokolwiek za radą postów udostępnianych w mediach społecznościowych rozrzuci nasiona wzdłuż drogi, to taka roślina najprawdopodobniej nie wyrośnie, gdyż może paść na jałową glebę i co ważniejsze, nie będzie odpowiednio pielęgnowana. A jeżeli taka roślina już jednak wyrośnie? Może spowodować wiele negatywnych konsekwencji. Jak zwraca uwagę dr Marcin Dyderski z Instytutu Dendrologii w rozmowie z Urszulą Kaczorowską z serwisu Nauka w Polsce, podczas której poruszono ten problem, takie praktyki mogą być bardzo niebezpieczne dla środowiska naturalnego:

„Uważam, że ten post jest bardzo szkodliwy, bo zachęca do wprowadzania gatunków obcych do środowiska na masową skalę. Jeśli będziemy wyrzucać pestki w 10 tys. miejsc w Polsce, to w niektórych może trafić na tzw. okno warunków środowiskowych, czyli na dobre warunki, i z sukcesem zacząć się u nas rozprzestrzeniać”.

Dr Marcin Dyderski z Instytutu Dendrologii Polskiej Akademii Nauk dla Nauki w Polsce

W celu określenia, do jakich problemów może prowadzić takie postępowanie, zwróciliśmy się do z zapytaniem do prof. dr hab. inż. Andrzeja M. Jagodzińskiego – dyrektora Instytut Dendrologii Polskiej Akademii Nauk. Na pytanie: Czy samodzielne wyrzucanie dowolnych nasion w dowolnym miejscu jest korzystne dla środowiska? Ekspert odpowiada nam, że:

Wyrzucanie dowolnych nasion w dowolnym miejscu jest zagrożeniem dla rodzimej przyrody. Odnosząc się do pestek śliwek, brzoskwiń, wiśni, czereśni czy moreli, do rozsiewania których nawołuje nieprzemyślany post na Facebooku, należy pamiętać, że są one efektem pieczołowicie prowadzonego procesu krzyżowania, by uzyskać owoc o jak najlepszych walorach spełniających nasze wysublimowane oczekiwania. Ponadto wiele z tych owoców, które kupujemy w sklepach, pochodzi z odległych zakątków nie tylko Europy. Warto podkreślić, że miejscem dla takich krzyżówek jest sad. Intencja autorów tego pomysłu prawdopodobnie była dobra, zabrakło jednak szerszego przyjrzenia się potencjalnym konsekwencjom przyrodniczym”.

Prof. dr hab. inż. Andrzej M. Jagodziński, dyrektor Instytut Dendrologii Polskiej Akademii Nauk, kierownik Zakładu Ekologii w Instytucie Dendrologii PAN

Ekspert mocno podkreśla, że wprowadzenie obcych gatunków roślin do środowiska to duże zagrożenie, które niesie ze sobą tak naprawdę tylko i wyłącznie negatywne konsekwencje, gdyż wpływa to na każdy z poziomów organizacji układów ekologicznych.

Takie działania sprzyjają inwazjom biologicznym, a te są jednym z najważniejszych współczesnych zagrożeń dla rodzimej różnorodności biologicznej. Otwieramy przez to kolejne drzwi, przyczyniając się do zagłady rodzimych gatunków roślin, zwierząt i grzybów, a także silnych przekształceń lub nawet zanikania naturalnych układów, które one tworzą. Jeśli gatunek inwazyjny, dzięki swoim cechom biologicznym przy jednoczesnej „promocji” przez człowieka, doprowadzi do wyginięcia rodzimego gatunku w wyniku konkurencji, to następuje łańcuch negatywnych zdarzeń. Gatunki w układach ekologicznych są ze sobą powiązane, a wciąż nie w pełni znamy te powiązania i ich znaczenie dla trwałości całego układu ekologicznego. Wspomniane zagrożenie odgrywa szczególną rolę wśród tych gatunków, które są wysoce wyspecjalizowane, np. pokarmowo czy siedliskowo. Upraszczając, jeśli żywiłbym się wyłącznie sałatą, a ta wyginęłaby w wyniku przegranej konkurencji z gatunkiem inwazyjnym, to mój los jest przesądzony. Gatunki inwazyjne wpływają na gatunki rodzime za pomocą różnych mechanizmów. Mogą ograniczać tempo przyrostu, a także rozmiary osobników gatunków rodzimych. Zagrożeniem jest proces hybrydyzacji – w jego wyniku mogą nie tylko ginąć gatunki rodzime, ale i te inwazyjne mogą wzmóc swój inwazyjny potencjał. Zależności troficzne, wypracowane w toku ewolucji, zostają zniszczone lub silnie zmienione. Tu przykłady można mnożyć”.

Prof. dr hab. inż. Andrzej M. Jagodziński, dyrektor Instytut Dendrologii Polskiej Akademii Nauk, kierownik Zakładu Ekologii w Instytucie Dendrologii PAN

Pod koniec 2019 roku w Polsce występowało już ponad 100 inwazyjnych gatunków roślin obcego pochodzenia. Takie „inwazje” mogą powodować szereg problemów, które będą trudne do przewidzenia: zaczynając od tego, że zapylacze mogą zacząć preferować nowo wprowadzone gatunki, co z kolei może przełożyć się na zanikanie roślinności spożywanej przez rodzime gatunki roślinożerne, a skończywszy na tym, iż hybrydowe gatunki roślin, stworzone na potrzeby przemysłu spożywczego, mogą szybciej wyjaławiać glebę niż te naturalne – podkreśla serwis Nauka w Polsce.

Jak już wspomniano, problem nie jest nowy, bo i w ubiegłych latach ostrzegano, że rozrzucanie nasion owocowych nie jest dobrym pomysłem. Przykładowo w 2019 roku w Wielkiej Brytanii odkryto, że wiele jabłoni rosnących w północnej części kraju nie jest rodzimymi gatunkami drzew, lecz hybrydami stworzonymi przez ludzi, przez co mogą stanowić zagrożenie dla dziko rosnących drzew owocowych. Wielka Brytania nie jest jednak jedynym przykładem tego zjawiska. W rozmowie z serwisem Nauka w Polsce prof. Bogdan Jaroszewicz zauważa, że w Ameryce Północnej także spostrzeżono podobny problem:

„Jestem przerażony, bo to jest prosta droga do inwazji biologicznej. W Ameryce Północnej są znane przypadki zaniku rodzimych gatunków w wyniku hybrydyzacji z gatunkami obcymi. To są działania absolutnie nieodpowiedzialne”. 

Prof. Bogdan Jaroszewicz z Białowieskiej Stacji Geobotanicznej dla Nauki w Polsce

Jak określa prof. dr hab. inż. Andrzej M. Jagodziński w rozmowie z nami funkcjonowanie rodzimych gatunków roślin jest istotne dla podtrzymania właściwego funkcjonowania przyrody. Korzysta na tym nie tylko lokalna fora, ale i fauna. Dzięki istieniu rodzimych gatunków wiele gatunków zwierząt ma dostęp do bogatszej bazy pokarmowej.

„Przyroda samodzielnie zagospodaruje każdą wolną przestrzeń, jeśli nie będziemy jej aktywnie ograniczać. W naszym otoczeniu jest wiele rodzimych gatunków roślin, które z sukcesem się rozmnażają, produkują nasiona, a te za pomocą różnych sposobów umożliwiają rozprzestrzenianie się gatunków i zapewniają ich trwałość w krajobrazie. Na przykład roślinność zaroślowa czy zadrzewienia w naszym krajobrazie pojawiają się spontanicznie, każda piędź ziemi zostanie bowiem spontanicznie przez przyrodę zagospodarowana „po swojemu”. Niezagospodarowane przez rolników pola, miedze czy pasy wzdłuż dróg często porastają właśnie takie układy, które tworzone są przez liczne rodzime gatunki roślin drzewiastych – jarzębiny, głogi, tarniny, leszczyny, róże, trzmieliny, szakłaki, derenie, trześnie czy kaliny. Ich rola biocenotyczna jest niezwykle ważna. Są miejscem występowania wielu gatunków roślin, zwierząt i grzybów. Liczne gatunki zwierząt znajdują tu bogatą bazę pokarmową. Zadrzewienia śródpolne czy przydrożne chronią zasoby wodne (które kurczą się w niezwykle szybkim tempie) i przeciwdziałają erozji wietrznej i wodnej gleb, a także kształtują lokalny mikroklimat. Ponadto pełnią funkcję korytarzy ekologicznych. To jest miejsce dla gatunków rodzimych”.

Prof. dr hab. inż. Andrzej M. Jagodziński, dyrektor Instytut Dendrologii Polskiej Akademii Nauk, kierownik Zakładu Ekologii w Instytucie Dendrologii PAN

Post przekonuje, że takie rozwiązania wypróbowano z sukcesem. Tylko, jak naprawdę wygląda walka z problemem wylesiania w Tajlandii?

Posty zawierające łańcuszek wskazują błędnie, że zalecenie rozrzucania nasion zostało wprowadzone w Tajlandii przez rząd jako jeden ze środków zaradczych. Do inicjatywy mieli przyłączyć się rzekomo również Malezyjczycy. Nie odpowiada to prawdzie. W Tajlandii wcale nie zaleca się tak liberalnego rozrzucania losowych nasion owocowych w różnych miejscach, a walka z wylesianiem przybiera znacznie bardziej zorganizowane formy niż wyrzucanie nasion przez okna samochodów. Z kolei doniesienia o Malezji wynikały jedynie z tego, że tam również zaczął krążyć taki łańcuszek, a nie dlatego, że ktokolwiek u władzy uznał, że będzie to dobry pomysł na walkę z wylesianiem. Łańcuszek, który pojawił się w Malezji, głosił „dołączmy (jako osoby, które były odbiorcami treści – przyp. Demagog) do nich w inicjatywie”, co w kolejnych wersjach zostało potraktowane jako „dołączanie Malezyjczyków” do inicjatywy Tajlandii.

Tajlandia to kraj, który podobnie jak wiele innych państw, mierzy się z problemem postępującej deforestacji (zjawiskiem wylesiania). Na stronie Banku Światowego możemy przeczytać, że w Tajlandii pokrywa lasów zmniejszyła się z 53,5 proc. w 1961 roku do 31,6 proc. w 2014 roku, w wyniku wzrostu populacji, rozwoju infrastruktury, rozwoju rolnictwa, nielegalnego pozyskiwania drewna i niekontrolowanych pożarów lasów.  Obecnie tajski rząd podejmuje rozmaite działania, by przeciwdziałać deforestacji, co określa m.in. 20-letni plan strategiczny Ministerstwa Zasobów Naturalnych i Środowiska (BE 2560 – 2579). Plan przewiduje ochronę lasów i obszarów namorzynowych, a także zwiększanie lesistości kraju do 40 proc. i zwiększenia terenów zielonych o 20 proc. na obszarach zarządzanych przez lokalne władze. Informacje dostępne na stronie tajskiego Departamentu Parków Narodowych, Dzikiej Przyrody i Ochrony Roślin (DNP), funkcjonującego przy Ministerstwie Zasobów Naturalnych i Środowiska, wskazują, że rośliny, które powinny być sadzone w celu zalesiania, obejmują 27 gatunków drzew. DNP podkreśla, że dobór odpowiednich gatunków roślin, jak i ich zgodność z ekosystemem jest bardzo ważnym elementem reforestacji wylesionych obszarów.

W Tajlandii próbuje się również nowatorskich rozwiązań, które obejmują tzw. bomby nasion (biodegradowalne kule z mieszanką odpowiednich nasion), które z dużej wysokości rozrzuca się na obszary, które uległy deforestacji. Przykładem operacji masowego rozrzucania nasion jest np. ta, w której tajskie siły powietrzne rozrzuciły nasiona na obszarze jednego z rezerwatów przyrody w prowincji Phitsanulok w 2013 roku. To jednak zdecydowanie bardziej przemyślana akcja niż rozrzucanie losowych nasion owocowych zza okna samochodu w dowolnych miejscach.

Podsumowanie

W sieci można znaleźć wiele różnych zaleceń, które z pozoru dotyczą ochrony przyrody. Niekoniecznie musi to być jednak poparte stanowiskiem naukowym i zgodne z dobrymi praktykami prośrodowiskowymi, dlatego zawsze warto uważać na pojawiające się w sieci doniesienia. Zawsze warto sprawdzić, czy znalezione w sieci informacje są poparte zaleceniami ekspertów, tak by ewentualnie podejmowane przez nas działania miały realny i pozytywny wpływ na środowisko naturalne.

*Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Podobał Ci się artykuł? Pomóż nam dzielić się prawdą!

Możesz śmiało rozpowszechniać ten artykuł na swojej stronie internetowej. Pamiętaj o podaniu źródła. Sprawdź jak możesz udostępniać.

Wpłać darowiznę i działaj z nami!

lub